Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prawo autorskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prawo autorskie. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 maja 2007

Kim jest twórca programu komputerowego, czyli opowieść na pograniczu schizofrenii

Prawo autorskie teoretycznie jest proste i intuicyjne – twórcą jest ten, który utwór stworzył. Sienkiewicz, Beethoven czy Klimt – nie mielibyśmy większych problemów z identyfikacją kreatora dzieła. Jeżeli zagłębimy się w przemysł IT, na pytanie kto stworzył oprogramowanie Windows odpowiedź brzmi „Microsoft”. Odpowiedź błędna, gdyż twórca musi być osobą fizyczną. Zachodzi tutaj ciekawy przypadek zacierania się pojęcia i doniosłości twórcy jako owego kreatora. Ponieważ od programów w mniejszym stopniu oczekujemy cechy twórczości, w mniejszym stopniu zwracamy uwagę na indywidualnych autorów. Jakość (lub jej brak) gwarantuje nam dana firma czy wręcz znak towarowy.

Jeśli chcemy odpowiedzieć na pytanie, kto tworzy Windows, szukamy dalej. Kolejna odpowiedź – pracownicy. Tym razem prawidłowa, pozostaje fundamentalne w IT pytanie – którzy? Analitycy, spece od algorytmiki, programiści sensu stricte, osoby testujące? Zgodnie z prawem każdy, kto ma „twórczy” wkład. Sprawa będzie jeszcze bardziej skomplikowana np. przy systemach ERP, gdy uwzględnimy rolę klientów, niejednokrotnie bardzo szczegółowo określających założenia i algorytmy rozwiązań.

W odróżnieniu od tradycyjnych utworów, programy są praktycznie bez wyjątku utworami zbiorowymi. Krąg osób tworzących (i uprawnionych co najmniej z autorskich praw osobistych) jest bardzo szeroki – nie do obrony jest stanowisko, że twórcą jest wyłącznie osoba kodująca program. Co więcej, możemy sobie wyobrazić, że taka osoba dostaje na tyle sprecyzowane założenia, że samo kodowanie ma bardziej techniczny niż twórczy charakter. W bardziej skomplikowanych przedsięwzięciach można zwariować opisując wszystkich potencjalnie uprawnionych.

Czy taka sytuacja czymś grozi? Oczywiście tak. Jeżeli twórcami będą tylko nasi pracownicy (a więc wykluczymy udział klientów i zleceniobiorców), problem jest mniejszej wagi i dotyczy tylko praw osobistych, w przypadku programów nader mizernych (autorstwo utworu oraz prawo oznaczenia utworu swoim nazwiskiem, pseudonimem lub anonimowo). Jeżeli w proces twórczy „zapląta” się osoba trzecia (klient, zleceniobiorca), ma ona także prawa majątkowe. Do chwili gdy praw takich nie kupimy (a często nie wiedząc, że np. analityk może być twórcą, nie przewidujemy takiej umowy), osoba trzecia jest współuprawnionym i jakiekolwiek dysponowanie programem wymaga jej zgody lub procesu w sądzie.

Pobieżny audyt tworzonego oprogramowania wskazuje, że w wielu przypadkach producenci zbyt wąsko patrzą na katalog twórców i podpisują umowy tylko z programistami lub osobami projektującymi dane rozwiązanie. Poza tym kręgiem pozostaje sporo osób, które wnoszą swój twórczy wkład i mogą podnieść roszczenia. O tyle nieprzyjemne, że – jeżeli uzasadni się „bycie twórcą” - stosunkowo łatwe do dochodzenia i grożące nawet nakazem wstrzymania dystrybucji i zapłaty odszkodowań. Co więcej, współtwórca może pozwać też użytkownika programu.

Jaka z tego nauka? Lepiej zabezpieczyć za dużo, niż za mało. Poszukujmy i podejrzewajmy istnienie twórcy wszędzie, na każdym etapie tworzenia programu. Identyfikujemy i nabywajmy od niego prawa majątkowe. Jednym słowem - czujność.

I na koniec jeszcze mała uwaga. Nie da się umówić z góry, kto jest twórcą. O tym decydują fakty. Umowy typu „ja dam pieniądze, ty napiszesz, a prawa mamy po połowie” są nic nie warte, prawa w całości ma ten, kto napisze. Możemy tylko od niego odkupić udział w tych prawach. A to zupełnie inna umowa …

wtorek, 17 kwietnia 2007

Batalia o mp3 trwa …

Jak ostatnio mogliśmy się dowiedzieć w kilku serwisach internetowych i prasie (np: tu), ściąganie muzyki i filmów z Internetu nie jest zabronione i ścigane policyjnie nie będzie. Wysiłki skupione będą na ściganiu tych, co pobierają programy (bo w takim przypadku nie ma dozwolonego użytku prywatnego) lub pliki rozpowszechniają (bo jest to zabronione wprost).

Wniosek, na gruncie prawa polskiego, wydaje się słuszny (patrz też nasz artykuł o mp3). Na świecie jednak batalia wciąż trwa. Na stronach Związku Producentów Audio – Video (tutaj) jest bardzo ciekawa notatka o procesie w Danii przeciwko serwisowi allofmp3.ru. Ciekawy to serwis, gdyż – w odróżnieniu od p2p – nie wymaga udostępniania plików na zewnątrz, można tylko ściągać, co według wielu osób jest przesłanką skorzystania z dobrodziejstw dozwolonego użytku prywatnego i legalnego pobierania muzyki. Wyrok dla abonentów serwisu niekorzystny, sąd nakazał providerowi zablokować do niego dostęp.

Jak widać, praktyka podejścia do dozwolonego użytku osobistego jest bardzo różna. Niby Unia, niby wspólne dyrektywy (acz bardzo nieprecyzyjne w tym zakresie), standardów prawnych brak. Może i dobrze, gdyż mam wrażenie, że standardy które udaje się uzgodnić, idą o jeden krok za daleko, a współczesna ochrona własności intelektualnej zaczyna mieć kagańcowy charakter. Może przynajmniej w zakresie swobód ściągania mp3 będziemy bardziej szczęśliwi niż Duńczycy, najbardziej (ponoć) zadowolony naród świata.

czwartek, 12 kwietnia 2007

Kod Da Vinci i Kod binarny - Dan Brown a programy komputerowe

Kilkanaście dni temu media podały informację o oddaleniu przez angielski sąd apelacyjny powództwa Michaela Baigenta i Richarda Leigha przeciwko Danowi Brownowi (a konkretnie przeciw jego wydawcy) o rzekomy plagiat ich książki „Święta Krew i Święty Graal” (“The Holy Blood and the Holy Grail”). Autorzy zarzucali, że obecna megagwiazda pisarstwa skopiowała ich pomysł, akcje i rozwiązania twórcze, a nader sławny „Kod Leonarda Da Vinci” to tylko przeróbka ich dzieła. Wiadomość przemknęła przez media, wywołała chwilę zaciekawienia i sprawa ucichła. A szkoda.

Problem, który poruszyli Baigent i Leigh, to Święty Graal prawa autorskiego – odpowiedź na pytanie, jak daleko ma sięgać ochrona prawna, w jakim stopniu wolno czerpać z pracy innych osób. Jak wiemy, prawo autorskie nie chroni pomysłów, chroni sposób ich wyrażenia. W praktyce rozstrzygnięcie gdzie leży granica ochrony jest bardzo trudne. Przyjmijmy, że faktycznie pomysł związku Jezusa i Marii Magdaleny, ich ukrytego dziecka, tajnego stowarzyszenia chroniącego owa tajemnicę, to pomysł przegranych powodów. Czy gdyby książka Michaela Baigenta i Richarda Leigha opowiadała nie tylko o „świętej krwi”, ale była historią morderstwa kustosza muzeum i pościgu naukowca za mordercą, konfliktu z tajnymi stowarzyszenia i Opus Dei, to czy opisanie jej innymi słowami przez Dana Browna też uznalibyśmy za „inspirację pomysłem” (w końcu nie przepisano żadnej linijki wprost), czy jednak stwierdzilibyśmy, że takie kopiowanie nie może być chronione?

Problem dotyczy także IT. W przypadku programów komputerowych kwestia jest podwójnie zawiła, gdyż mamy do czynienia z teoretycznie niedostępną warstwą literalną (kod źródłowy) i niepoznawalnym bezpośrednio dla człowieka kodem wynikowym. Klasyczny plagiat polega na skopiowaniu warstwy literalnej – jeżeli tak uczynimy z kodem źródłowym, zarzut naruszenia praw jest bardzo prawdopodobny i stosunkowo łatwy do dowodzenia (choć też różnie oceniano zakres „kradzieży” w orzecznictwie zachodnim – w wielkim skrócie: musi to być zapożyczenie „znaczne” co do jakości lub ilości). Jeżeli nie dokonamy (niedozwolonej w większości przypadków) dekompilacji, nie mamy jak dokonać takiego literalnego plagiatu. Jedyne co możemy robić to dokładnie badać funkcjonowanie programu i odczytać stojące za nim pomysły i algorytmy. Podobnie, korzystając z kodów źródłowych, nie musimy ich kopiować, często największą wartością jest poznanie sposobu rozwiązania. Możemy więc tworzyć bardzo podobne programy, realizujące te same funkcje, posiadające ten sam interfejs (Apple vs Microsoft) nie naruszając warstwy literalnej. Takie działania są stosunkowo częste, nie zawsze wynikają ze złej woli – klasycznym przypadkiem są pracownicy wykorzystujący w nowej pracy swoje doświadczenia i wypracowane rozwiązania. Nie można wykluczyć, że w takiej sytuacji dojdzie do takiego skopiowania układu funkcjonalnego i algorytmów, że uzasadni to roszczenia o naruszenie praw autorskich. Dowodem takich zdarzeń jest stosunkowo duża ilość pozwów i spraw w sądach, przede wszystkim amerykańskich. Wydano tam kilka ważnych wyroków, niejednokrotnie sięgając bardzo głęboko w poszukiwaniu rozwiązania – omówienie poglądów judykatury wykracza poza ramy niniejszej notatki, ale kiedyś do tego chciałbym wrócić. Sprawa nie tylko o doniosłym znaczeniu praktycznym, ale prawniczo nader ciekawa.

Jaki wniosek wypływa ze sprawy Browna? Jak dla mnie, jest to kolejny przykład umacniania się praw autorskich i próby rozszerzenia ich ochrony (choć tym razem nieskutecznej). Prędzej czy później na polskim rynku IT dojdzie do podobnych sporów, a obserwując praktykę tworzenia softwaru nie mogę wykluczyć, że część takich roszczeń – w odróżnieniu od powództwa Baigenta i Leigha – zakończy się sukcesem. Rozmyślając nad ewentualnym pozwem warto jednak mieć na uwadze, że wspomniani powodowie muszą zwrócić koszty postępowania w wysokości 3 milionów funtów. Co nie zachęca do bezpodstawnych oskarżeń.

wtorek, 3 kwietnia 2007

Nowelizacje, nowelizacje (tym razem bazy danych)

Wczoraj podaliśmy informację o nowelizacji prawa autorskiego. Przydatnej, nie rewolucyjnej. Dzisiaj o nowelizacji - tą samą ustawą - ustawy o ochronie baz danych. Rewolucyjnej.
Bazy danych, które nie spełniały przesłanek utworu z prawa autorskiego (nie były twórcze, np. książka telefoniczna czy spis notowań z GPW) nie były aż do 2001 roku chronione. W ogóle. Frustrowało to wiele osób, które się napracowały, ale każdy mógł (mniej więcej) z tego dorobku korzystać bez zapłaty wynagrodzenia. W końcu Unia uchwaliła stosowną dyrektywę, a polski parlament ustawę. I - jak mawiał nieodżałowany Pan Kierownik Federowicza -"wszystko pozostało tak samo, tylko zamiast wpisano ". W wersji unijnej bazy danych podlegały ochronie niezależnie od ochrony z prawa autorskiego. A w Polsce nie - ustawa mówiła, że ochronie podlegają tylko te bazy, które nie są twórcze. Ochrona rozłączna, albo – albo.
Gdyby nie chodziło o poważne pieniądze, byłoby nawet śmiesznie. Jak ktoś poczuł, że prawa do jego bazy danych są naruszone i wybierał ochronę z baz danych (w wielu wypadkach jest to wybór rozsądniejszy niż prawo autorskie) to w sądzie jego przeciwnik udowadniał mu, że nie może tej ustawy stosować, bo przedmiotowa baza danych jest twórcza. Na co powód wytaczał szereg argument, że skąd, w jego pracy za grosz twórczości. Na co pozwany piał z zachwytu nad niebanalnością, indywidualnością i oryginalnością rozwiązania autora. Qui pro quo (stosowane odpowiednio :).

Teraz wracamy do normalności i ochrona baz danych powinna nabrać szerszego rozmiaru. Jeżeli ktoś jest producentem bazy danych, powinien bardzo poważnie rozważyć możliwość użycia tej ochrony zamiast prawa autorskiego. Nowela zmieniła także przepisy proceduralne na wzór rozwiązań z prawa autorskiego, co również jest ułatwieniem dla poszkodowanego.

Zmiana jak najbardziej słuszna, szkoda tylko, że zajęło to ustawodawcy sześć lat.

poniedziałek, 2 kwietnia 2007

Nowelizacja prawa autorskiego

16 marca 2007 roku Sejm uchwalił nowelizację ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych. Nowelizacja związana jest z implementacją 4 dyrektyw unijnych – Dyrektywy nr 93/83/EWG z dnia 27 września 1993 r. w sprawie koordynacji niektórych zasad dotyczących prawa autorskiego oraz praw pokrewnych stosowanych w odniesieniu do przekazu satelitarnego oraz retransmisji drogą kablową, Dyrektywy nr 93/98/EWG z dnia 29 października 1993 r. w sprawie harmonizacji czasu ochrony prawa autorskiego i niektórych praw pokrewnych; Dyrektywy nr 96/9/WE Parlamentu Europejskiego i Rady z dnia 11 marca 1996 r. w sprawie prawnej ochrony baz danych oraz Dyrektywy nr 2004/48/WE Parlamentu Europejskiego i Rady z dnia 29 kwietnia 2004 r. w sprawie egzekwowania praw własności intelektualnej.

Zakres nowelizacji obejmuje:

  1. dodanie art. 6 (1) – dotyczącego rozpowszechniania utworu drogą emisji radiowej lub telewizyjnej prowadzonej w sposób satelitarny
  2. modyfikacji przepisów dotyczących zasad odpowiedzialności za naruszenie prawa autorskich (art. 79 Prawa autorskiego).
  3. modyfikacji zasad procesowych dotyczących ochrony praw autorskich (art. 80 Prawa autorskiego).
  4. modyfikacji przepisów dotyczących ochrony fonogramów i wideogramów

Najbardziej interesującym IT zagadnieniem jest zmiana treści art. 79, kluczowego dla rozstrzygania sporów o naruszenie praw. W porównaniu z dotychczasową regulacją, twórca (podmiot uprawniony) uzyskał dodatkowe uprawnienie – „o usunięcie skutków naruszenia”. Dodatkowo – jeżeli zaniechanie niezawinionego naruszenia lub usunięcie jego skutków byłoby dla osoby naruszające niewspółmiernie dotkliwe, za zgodą uprawnionego i na wniosek naruszającego sąd może nakazać zapłatę stosownej sumy pieniężnej na rzecz uprawnionego. Na etapie sporu sądowego możliwe będzie również orzeczenie (na wniosek uprawnionego) o wycofaniu z obrotu, przyznaniu uprawnionemu na poczet należnego odszkodowania lub zniszczeniu bezprawnie wytworzonych przedmiotów, środków i materiałów użytych do ich wytworzenia.

Ciekawa jest też nowelizacja (de facto rozszerzenie) art. 80 prawa autorskiego – teraz w specjalnym 3 - dniowym trybie sąd będzie mógł zobowiązać inną niż pozwany osobę uczestniczącą w procesie naruszenia praw do udzielenia szeregu informacji.

Wraz z prawem autorskim znowelizowano również Prawo własności przemysłowej, ustawę o ochronie baz danych, ustawę o ochronie prawnej odmian roślin oraz Kodeks Postępowania Cywilnego.

W chwili obecnej ustawa jest rozpatrywana w Senacie. Prawdopodobnie będzie omawiana na najbliższym posiedzeniu, tj. 12 i 13 kwietnia 2007r. Tekst ustawy przesłanej do Senatu dostępny jest pod niniejszym adresem.

Podsumowanie

Rewolucji nie ma, doprecyzowano i poszerzono zasady odpowiedzialności za naruszenia praw. Ciekawie może w praktyce wyglądać quasi-ugoda o naprawienie skutków niezawinionego naruszenia praw. Takie naruszenia są stosunkowo częste, teraz mamy wprost opisaną instytucję jak załatwić spór polubownie (choć jak ktoś chciał to i tak mógł).

Na pewno w sprawach „pirackich” będzie miał znaczenie przepis o zniszczeniu czy przekazaniu „bezprawnie wytworzonych przedmiotów”, zwłaszcza, że jego zakres jest szeroki. Ten przepis poniekąd istniał i wcześniej, ale teraz jest umieszczony we „właściwym” miejscu i poprawniej sformułowany.

Na pewno procesowo życie ułatwi rozszerzony art. 80 umożliwiający szybkie uzyskanie informacji od osób uczestniczących w procederze naruszania praw (np. przy procesie dystrybutora przesłuchanie osób które mają nielegalne kopie).

środa, 28 marca 2007

Freeware, shrink-wrap, public domain, open source, free software, trial, adware, shareware etc etc – o co tu chodzi?

Zamieszanie na rynku licencyjnym jest ogromne. Zarówno w zakresie (głównie anglojęzycznego) nazewnictwa, jak i metod udostępniania oprogramowania. Warto więc przyjrzeć się, co za poszczególnymi pojęciami stoi.

Prawo autorskie posługuje się ideą „monopolu twórczego”. W wielkim skrócie oznacza to, że twórca i tylko twórca decyduje zarówno o fakcie udostępnienia, jak i zakresie udostępnienia swojego utworu. Przy czym ma kilka dróg do wyboru – może utwór sprzedać (a dokładnie sprzedać prawa majątkowe do niego - nie mylić ze sprzedażą nośnika, chodzi tutaj o sprzedaż praw), może na korzystanie z utworu udzielić licencji (w różnym zakresie wedle uznania, płatnej lub nieodpłatnej, przy czym istnieje domniemanie, że licencja jest płatna), może też „puścić” utwór w obieg bez zawierania żadnych umów (i wtedy użytkownik korzysta albo z koncepcji dozwolonego użytku osobistego albo - w odniesieniu do programów komputerowych - z tzw. licencji ustawowej z art. 75 ust. 1 prawa autorskiego). Metodę pierwszą pomijamy, gdyż nie występuje na rynku konsumenckim, trzecią też, bo wymaga odrębnego omówienia, skupmy się na licencjach.

Twórca ma (prawie) pełną swobodę kształtowania warunków licencyjnych. W praktyce można wyodrębnić trzy modele (podział mój): (i) licencje „pełne” (komercyjne), (ii) licencje nieodpłatne z ograniczeniami co do zakresu używania (z silnym monopolem autorskim), (iii) licencje nieodpłatne, bardzo szerokie co do zakresu korzystania (open source). Wszystkie jednak są licencjami, czyli złamanie warunków, na jakich zostały udzielone może skutkować odpowiedzialnością prawną.

Licencje „pełne” to umowy szczegółowo określające obowiązki stron, odpłatne, w obrocie profesjonalnym negocjowane i uzgadniane indywidualnie. W obrocie „end userskim” najczęściej spotykamy się z umowami adhezyjnymi – czyli tekstem jednostronnie narzuconym przez producenta (Microsoft, Adobe, wszyscy inni), który musimy zaakceptować w całości, aby móc korzystać z oprogramowania. Kiedyś umowy te były schowane w folii, której rozdarcie powodowało zawarcie umowy, stąd nazwa „shrink-wrap” wypierana obecnie przez internetowe „click-on” czy „click wrap”. Czy takie „kliknięciowe” umowy też są ważne? Trudne pytanie – przyjmuję, że tak, ale z licznymi zastrzeżeniami – począwszy od klauzul konsumenckich (np. umowa musi być sporządzona w języku zrozumiałym dla konsumenta, nie może pozbawiać konsumenta pewnych praw przyznanych przez ustawy itp.), zagadnień prawa właściwego (który system prawa stosować przy transakcjach transgranicznych), jak i szeregu okoliczności faktycznych (otwarcie programu przez osobę nie mogącą skutecznie zawrzeć umowy, np. dziesięcioletnie dziecko). Poniekąd taką „pełną” umową jest shareware – jest to płatne oprogramowanie, z określonym czasem na jego przetestowanie, podobne w istocie do trial-a (wersji próbnej).

Licencje nieodpłatne, ale z silnym monopolem autorskim to wszystkie rodzaje freewaru. Nie musimy za nie płacić, ale nie mamy zbyt szerokich uprawnień – z reguły ogranicza się ono do „używania” programu (zwielokrotniania w pamięci operacyjnej), bez prawa do modyfikacji czy włączania do własnych prac. Licencje freeware mogą wprowadzać szereg innych ograniczeń, podobnie jak licencje „pełne”, choć nadal są bezpłatne. Odmianą freewaru jest adware (uwaga – zdjęcie reklamy z takiego programu to załamanie warunków licencji!).

Najciekawszy jest open source – specyficzny rodzaj licencji (właściwie szeregu licencji o różnym stopniu uprawnień i zobowiązań), która zezwala na bardzo szerokie korzystanie z programu, w szczególności z prawem do jego modyfikacji i włączania do własnych rozwiązań bez opłat z tego tytułu. Ciekawostką są konsekwencje dla osoby modyfikującej open source oparty na tzw. modelu copy-left (przede wszystkim GPL i pochodne) – otóż jeśli chcemy dystrybuować zmieniony przez nas program lub włączamy w nasz soft rozwiązania oparte na GPL, to „wirus GPL” zaraża to zmodyfikowane, nowe oprogramowanie i musimy je w całości dalej rozpowszechniać wyłącznie jak GPL (czyli nieodpłatnie). Na rynku istnieje sporo autorskich projektów opartych na GPL, które istotnym nakładem pracy zostały przystosowane do określonych celów i są odpłatnie licencjonowane. Ich autorzy łamią prawo i – jak to się zdarzyło np. w Niemczech – mogą zapłacić z tego tytułu odszkodowanie. Open source nie oznacza pełnej wolności, to nadal jest licencja, w wielu aspektach zaskakująco restrykcyjna.

I jeszcze jedno w sprawie nazw – open source jest mieszany czasem z free softwarem (wolnym oprogramowaniem) – to trochę inne koncepcje filozoficzne (pierwsza nastawiona na optymalność techniczną kodu, druga na wolność jako taką), ale w dużej mierze zbieżne w efektach prawnych (zasadach licencjonowania).

Do omówienia zostało pewne dziwo - public domain. Jest to koncepcja, w myśl której program nie podlega prawu autorskiemu, nikt nie ma do niego praw, nie ma żadnych ograniczeń w jego używaniu. Klasyczny przykład to utwory, których okres ochrony upłynął (obecnie 70 lat od śmierci twórcy), choć w przypadku programów nie ma to, póki co, zastosowania. Program teoretycznie mógłby znaleźć się w „publicznej domenie” jeśli autor zrzekłby się praw do niego. I tu mamy duży problem – polskie prawo nie przewiduje takiej możliwości (przynajmniej wprost, pomijam doktrynalną dyskusję). A więc „zrzeczenie się prawa” w praktyce jest wątpliwe – można osiągnąć podobny skutek udzielając bardzo szerokiej licencji (szerszej niż open source), tylko nie znam nikogo, komu by się chciało :) A jak „puści” się program bez żadnej licencji, nie oznacza to bynajmniej domeny publicznej – oznacza to, że zamiast licencji wejdzie w życie tajemniczy art. 75 ust. 1 prawa autorskiego. O czym kiedy indziej.

poniedziałek, 5 marca 2007

Czy program komputerowy jest utworem autorskim?

Program komputerowy to utwór, jest chroniony prawem autorskim, o czym zresztą świadczy dobitnie art. 1 ust. 2 pkt. 1 prawa autorskiego. Pogląd, który wszyscy akceptują praktycznie w ciemno. Nieliczne orzecznictwo RP nigdy tezy tej nie zakwestionowało, ba, uznawało program za utwór nawet przed wejściem w życie obecnej ustawy o prawie autorskim. Roma locuta, causa finita. Warto jednak się zastanowić, czy opinia ta jest zawsze prawdziwa – kwestia równie ważna teoretycznie, jak i praktycznie. Problem można rozważyć co najmniej w dwóch aspektach – spełnienia przez program przesłanki twórczości wynikającej z art. 1 ust. 1 prawa autorskiego oraz wytyczenia granicy, które elementy programu są chronione, a które nie. Ten drugi aspekt chwilowo odkładam na bok (choć jest ultraciekawy), chciałbym skupić się na niezwykle kontrowersyjnej przesłance roli twórczości (ściśle ujmując także przesłance „indywidualnego charakteru”, ale dla dobra bloga pozostaję przy samej „twórczości”) w procesie tworzenia programu komputerowego.

Na początek definicja z ustawy: „przedmiotem prawa autorskiego jest każdy przejaw działalności twórczej o indywidualnym charakterze, ustalony w jakiejkolwiek postaci, niezależnie od wartości, przeznaczenia i sposobu wyrażenia (utwór)”. Nie miejsce tutaj na dogłębne rozważanie jak prawo i teoria definiują twórczość, zwłaszcza, że poglądów sporo. Niezłą propozycją jest teza, iż o twórczości (i jej indywidualnym charakterze) możemy mówić, kiedy jest nieprawdopodobne, aby taki sam rezultat osiągnęły osoby o podobnych zdolnościach, postawione przed tym samym problemem. Twórczość jest zaprojektowaniem i wyborem ścieżki przy możliwości wyboru z niezliczonej ilości ścieżek. Twórcze nie będzie rozwiązanie optymalne, jedynie możliwe (czy też jedynie rozsądne w danych okolicznościach) – do takiego rozwiązania prędzej czy później dojdzie każda grupa specjalistów, choć oczywiście nie wyklucza to, iż osiągnięcie danego rezultatu wymaga ogromnej ilości pracy (amerykanie ładnie to nazywają „doktryną potu z czoła”). Tak samo ogromnej ilości pracy wymagałoby stworzenie książki telefonicznej wszystkich mieszkańców Ziemi, choć rzecz jasna twórczości w tej książce za nic (przyjmując, że byłaby ułożona alfabetycznie).

Owa cecha twórczości jest niezbędna, abyśmy mogli mówić o utworze i ochronie prawnoautorskiej. Przemysł softwarowy zawsze miał z tym problemy. Tworząc programy komputerowe, zwłaszcza o biznesowym zastosowaniu, rzadko kiedy prace są ukierunkowane na „eksplozję” artystyczną – chcemy szybko i skutecznie realizować w środowisku cyfrowym pewne zadania. I o ile trudno sobie wyobrazić skonstruowanie skomplikowanego programu bez żadnej przesłanki twórczości (chcąc nie chcąc będziemy ścieżki wybierać), to w przypadku potrzeb ściśle zdefiniowanych, programów prostszych, a zwłaszcza skryptów konfiguracyjnych, parametryzacji, programów tworzonych w ABAP-ie, wątpliwości się mnożą. Śmiem postawić tezę, że w wielu takich przypadkach nie mamy do czynienia w ogóle z utworami w rozumieniu prawa autorskiego, tylko odrębnym tworem własności intelektualnej nie spełniającym przesłanki twórczości. Twory takie nie są chronione prawem autorskim, a ponieważ katalog dóbr intelektualnych jest „numerus clausus”, w konsekwencji w ogóle nie są chronione (pomijam nieuczciwą konkurencje i inną „miękką” ochronę). Czyli wolno je m.in. kopiować, rozpowszechniać i wykorzystywać do różnych, zaskakujących (zwłaszcza dla twórcy) celów.

W przypadku częstym i wyraźnie obrazującym zagadnienie, podczas wdrożenia systemów do zarządzania przedsiębiorstwem (mySAP.com, Oracle Aplications, inne systemy ERP, systemy bankowe i dedykowane), istnieje konieczność dopasowania istniejącego programu komputerowego do potrzeb konkretnego użytkownika. Dopasowanie takie składa się z analizy sytuacji klienta, jego potrzeb, przełożenia tych potrzeb na język programu komputerowego i stworzenia odpowiednich skryptów, programów, wyboru parametrów konfiguracji itp. Owe prace programistyczne (swoją drogą niekoniecznie mające charakter oddzielnego programu komputerowego sensu stricto) ukierunkowane są na ścisły biznesowo-techniczny cel: jak zapewnić w danym środowisku realizację założeń funkcjonalnych. Jak sprawić, aby faktura wprowadzona na stanowisku sprzedaży pojawiła się w określonym czasie przed oczyma dyrektora handlowego. Tego typu zadania w wielu przypadkach nie są twórcze w znaczeniu autorskim – w praktyce istnieje bardzo wąska grupa rozwiązań, które prowadzą w racjonalny sposób do celu. Wybór między nimi wynika z pewnych założeń organizacyjnych czy technicznych, ale nie z potrzeby wyrażenia własnego „ja” – każda firma wdrożeniowa postawiona przed tym samym problemem wykonałaby tę część prac programistycznych w bardzo zbliżony sposób, choć sama praca wymaga dużego nakładu intelektualnego. Opisywany fenomen pojawia się też w przypadku niektórych rozwiązań naukowych. Programy komputerowe ze swojej istoty w dużej mierze nie są i nigdy nie będą nakierunkowanie na twórczość – twórczość o „indywidualnym charakterze” może pojawić się „mimo woli”, ale może się zdarzyć, ze nie pojawi się w ogóle.

Jak wspomniałem, własność intelektualna jest chroniona na zasadzie „numerus clausus”, czyli jest chronione tylko to, co jest wyraźnie wymienione w ustawach – np. utwory, wynalazki, znaki towarowe, topografia układów scalonych itd. Jeśli jakiś przedmiot nie ma „swojej ustawy”, nie ma wyspecjalizowanej ochrony (tak np. było z bazami danych nie spełniającymi cech utworów , które ochrony doczekały się dopiero w 2001 roku). W konsekwencji opisane powyżej programy czy skrypty, parametryzacje, konfiguracje itp. będą poza ochroną do jakiej jesteśmy przyzwyczajeni. Klient nie ograniczony w prawie do modyfikacji czy rozpowszechniania naszych rozwiązań. Co gorsza, nasza konkurencja, będzie mogła z takich rozwiązań korzystać nie narażając się na zarzut naruszania praw autorskich. Podobnie nie będzie tych praw naruszał nasz były pracownik, który identyczną pracę wykona u swojego nowego pracodawcy, wykorzystując zdobytą wiedzę.

Czy powyższy scenariusz jest realny? Jak najbardziej. Słynna bitwa o patenty to m.in. przejaw powyższego problemu, niedopasowania prawa autorskiego do ochrony programów komputerowych i obaw producentów. Taka sytuacja wymusza na prawnikach niezwykłą uwagę przy konstruowaniu umów wdrożeniowych i licencyjnych (część zabezpieczeń można wprowadzić umową, choć jest to półśrodek), a na biznesie rozważenie innych niż prawo metod ochrony takiej własności intelektualnej (np. szyfrowanie rezultatów prac). A przy okazji to niezły przykład, jak trudno klasycznymi konstrukcjami prawnymi uregulować współczesny przemysł IT.

(c) Marcin Maruta 2007

mp3 z sieci - część druga

Z poprzedniego odcinka wiemy, że wolno nam (chyba nam wolno - patrz wątek filozoficzny) ściągnąć mp3 czy filmy, nie wolno nam rozpowszechniać. W przypadku programów komputerowych nie wolno ani tego, ani tego.

Zanim odpowiemy co nam grozi jak złamiemy prawo, podkreślmy raz jeszcze: w przypadku mp3 muszą nam udowodnić, że rozpowszechnialiśmy pliki. Da się to zrobić, poprzez namierzenie naszego adresu ip (internetowe oznaczenie komputera) i śledzenie ruchu (czyli co wysyłamy), ale jest to czynność męcząca, poza tym namierzający musi mieć prawo żądania od providera (dostawcy internetu) informacji kto się kryje za danym ip (inaczej namierzający będzie wiedział że ktoś wysyła mamma mia ABBY z adresu xxx.xxx.xx.xx ale nie będzie wiedział kto jest "właścicielem" tego adresu). Takie prawo żądania ma - w skrócie - tylko policja. Praw tych nie ma autor ani producent - osoby takie musiałyby iść do sądu z prośbą, aby sąd zadał to pytanie providerowi. Co się da zrobić. Tak czy inaczej procedura kłopotliwa i będzie miała raczej medialny wydźwięk niż masowy charakter (zważywszy na ilość osób korzystających z peer-to-peer).

W przypadku programów komputerowych sytuacja jest prostsza - jak się znajdzie nielegalny program, mamy kłopoty. Nie ma dozwolonego użytku, tak więc nie można mieć kopii (poza kopią bezpieczeństwa, jak mamy też oryginał). Kontrola w domu jest zawsze groźna w przypadku trzymania nielegalnego softu, w przypadku mp3, oprócz kontroli, muszą mieć namierzony ruch z naszego komputera.

Dla dalszych rozważań warto zdać sobie sprawę, że w przypadku naruszenia praw autorskich mamy do czynienia z dwoma niezależnymi ścieżkami - prawem karnym (policja, prokuratura) oraz prawem cywilnym (producent, autor). W zakresie tego pierwszego będą nas karać (trudne słowo: penalizować :) za złamanie przepisów karnych, grozi nam więzienie, ograniczenie wolności (np. zakaz opuszczania kraju) lub grzywna. To drugie zajmie się roszczeniem odszkodowawczym, czyli autor może żądać od nas pieniędzy za naruszenie jego praw.

Kto może kontrolować? Policja. Tylko i wyłącznie (pomijam ABW czy CBA, bo oni raczej piratami się nie będą zajmować). Praw do tego nie ma ani producent, ani żaden "kontroler". Jak ktoś taki się zmaterializuje, znaczy się oszust - dzwonić na policję. Teoretycznie może do nas przyjść przedstawiciel autora i producenta i poprosić o prawo kontroli - ale nie mamy obowiązku go wpuścić. Policja powinna mieć nakaz od prokuratora, ale nie musi, są sytuacje kiedy może wejść "na blachę". Tak więc policję zawsze grzecznie wpuszczamy. Nikogo innego.

Co może policja? Może skontrolować nam komputer, może też go zatrzymać. NIE MOŻE nałożyć nam żadnych kar, mandatów, ani niczego takiego. Jak takie żądanie się pojawia, znaczy oszuści, znów powiadamiamy stosowne organy. Teoretycznie może się zdarzyć (choć formalnie nie powinno), że z policją przyjdzie przedstawiciel producenta (np. z organizacji BSA) i zaproponuje nam ugodę - płacimy x złotych za to, że producent nie będzie nas ścigać. Taka ugoda ma znaczenie w zakresie PRAWA CYWILNEGO, a nie karnego. Jak się zgodzimy nie grozi nam roszczenie odszkodowawcze w sądzie cywilnym, ale nie oznacza to końca kłopotów z prawem karnym.

Jak policja już nam zarekwirowała komputer (może, nie musi) czeka nas wizyta u prokuratora. W zależności od kwalifikacji naszych czynów (można wymyślić kilka zarzutów z różnych artykułów kodeksu karnego i prawa autorskiego) grozi nam grzywna lub do 2 - 5 lat więzienia (vide np. art. 116 i 117 prawa autorskiego). Jeśli nie zarabiamy na rozpowszechnianiu utworów, jest to nasz pierwszy raz, ryzyko więzienia jest niewielkie. Mogą sprawę warunkowo umorzyć, mogą skazać na więzienie z zawieszeniem (okres próby), mogą dać grzywnę. Sama procedura jest jednak wyjątkowo niemiła i szczerze polecam unikanie takich zdarzeń. Co ważne - znacząca część przestępstw związanych z naruszeniem praw autorskich w internecie jest ścigana na wniosek pokrzywdzonego - czyli jak dogadamy się z autorem i zapłacimy mu odszkodowanie, warto wynegocjować, aby wniosku o ściganie nas nie składał.

Sprawa karna nie jest - jak wspomniałem - jedyna. Może czekać nas też proces cywilny. Zdenerwowany autor czy producent może nas pozwać do sądu cywilnego i zażądać odszkodowania. W praktyce najprawdopodobniej zażąda na podstawie art. 79 prawa autorskiego "potrójnej wysokości stosownego wynagrodzenia z chwili jego dochodzenia" czyli mówiąc po ludzku trzy razy tyle, ile normalnie musielibyśmy zapłacić (może też zażądać jeszcze ekstra podwójnego wynagrodzenia na tzw. fundusz promocji twórczości, ale to poboczny wątek). Z odszkodowaniem jest jednak pewien problem. O ile z programami jest łatwo - jak masz nielegalną kopię, liczymy trzy razy wartość licencji i z głowy - trudniej jest określić co jest trzykrotną wartością mp3. Pamiętajmy, że ściąganie jest - przynajmniej tak zakładamy - legalne, nielegalne jest rozpowszechnianie. Producent mógłby więc teoretycznie żądać trzykrotności opłaty licencyjnej za ROZPOWSZECHNIANIE utworu, czyli trzy razy tyle, ile musielibyśmy mu zapłacić, by nam dał zgodę na umieszczenie pliku z internecie. A są to kwoty niebotycznie wyższe od ceny "kupna" mp3 w internecie. W krajach, gdzie ściągać nie wolno (USA) producent żądałby także trzykrotności za ściągnięcie (np. trzy razy cena w itunes) - mógłby takich kwot żądać nawet jakbyśmy mp3 nie rozpowszechniali. Procesów w Polsce na tym poziomie nie znam (chyba ich nie było, śledzę w miarę dokładnie), więc trudno się wypowiedzieć jak będzie wyglądać praktyka.

PODSUMOWANIE:

Bez wątpienia wolno nam, w ramach dozwolonego użytku osobistego, kopiować muzykę czy filmy z legalnie nabytego nośnika na inny nośnik, wolno nam też zrobić z płyty mp3 i mieć na komputerze. Wolno nam pożyczać takie utwory, ale tylko rodzinie i bliskim znajomym (stosunkowi towarzyskiemu :).

Raczej wolno, acz tu już pojawiają się wątpliwości i odmienne opinie - ściągnąć z internetu rozpowszechniony utwór (nigdy program komputerowy).

Nie wolno nam rozpowszechniać utworów (uwaga na peer-to-peer). Nigdy nie wolno kopiować czy pożyczać programów komputerowych.

Do domu może wejść nam tylko policja. Karną sankcję finansową (grzywnę) może wymierzyć tylko sąd - nie ma żadnych mandatów czy cenników za "nielegalne" mp3. Ale jest cywilne odszkodowanie - jak nie zawrzemy ugody z producentem (autorem), wysokość wyznaczy sąd.

(c) Marcin Maruta 2007

mp3 z sieci - próba uporządkowania dyskusji (część pierwsza)

O mp3 i nielegalności (?) ściągania muzyki z sieci, hordach policji i utajnionych agentów kontrolujących nasze mieszkania napisano krocie. I bardzo często w tym szumie medialnym albo wprost nieprawdziwie, albo przemilczając kilka ważnych informacji. Dla dobra ewentualnej dyskusji kilka słów wyjaśnień:

Utwory można kopiować i wymieniać się nimi w gronie rodziny i bliskich znajomych. Można też je nagrywać - jak nadaje w radiu trójka coś ciekawego, możemy włączyć "rec". Jak nadają coś w tv - w grę wchodzi video, dvd czy inny recorder. Oczywiste, prawda? Obecnie nie ma przepisu który INACZEJ traktowałby internet - jeśli coś jest w internecie, możemy teoretycznie z niego korzystać, tak jak z radia czy tv - innymi słowy możemy ściągnąć sobie film czy mp3. Cała ta konstrukcja nazywa się "dozwolonym użytkiem prywatnym (osobistym)" (art. 23 prawa autorskiego)

Gdzie jest więc hak czy też haczyk? Ano, są co najmniej dwa, filozoficzny i bardziej praktyczny. Filozoficzny hak przejawia się wypowiedziami niektórych prawników (oraz prawie wszystkich producentów audio video), iż trzeba zmienić myślenie o dozwolonym użytku osobistym. Instytucja ta, zasłużona i dość wiekowa, kiedyś sprawdzała się wyśmienicie, ale w dobie cyfrowej musimy ją istotnie przeformułować. Kiedy kolega pożyczał od kolegi płytę winylową i nagrywał ją na grundigu na kasetę magnetofonową czy też korzystał z opcji nagrywania na poczciwym video, zarówno zasięg takich działań był ograniczony, jak i nie było wątpliwości, co jest oryginałem, a co kopią. W internecie sytuacja wygląda całkowicie inaczej - działania niszowe i koleżeńskie przerodziły się w masowy ruch, a bit oryginału jest tożsamy z bitem kopii. Stąd apel i tendencja do zmiany przepisów i interpretacji. Co wcześniej lub później nastąpi. Póki co jednak, można upierać się (i upór ten poparty jest wypowiedziami wielu profesorów prawa), że do czasu zmiany przepisów wolno nam ściągać pliki z internetu. Byle były to utwory uprzednio rozpowszechnione ("za zezwoleniem twórcy w jakikolwiek sposób udostępnione publicznie" - warunek ten wyłącza więc z użytku prywatnego nieopublikowane premiery i większość bootlegów);

Inaczej wygląda kwestia udostępnienia utworów. Rozpowszechniać pliki nam wolno, ale jak stanowi przepis - tylko w ramach rodziny i bliskich znajomych ("przez krąg osób pozostających w związku osobistym, w szczególności pokrewieństwa, powinowactwa lub stosunku towarzyskiego"). Innymi słowy: płytę z muzyką możemy dać siostrze lub koledze, nie możemy jej jednak dać do ściągnięcia każdemu przez internet, albowiem ów "każdy" nie pozostaje "w związku osobistym" (teoretycznie OK jest zamknięty serwer wpuszczający tylko znajomych po weryfikacji). Ale nam wolno ściągnąć (nie udostępnić!) od każdego, nawet jak nie pozostaje z nami w "związku osobistym".

Pozostaje hak drugi - techniczny. Korzystając z sieci peer-to-peer (np. emule) ściągając muzykę czy film jednocześnie je rozpowszechniamy - tak zbudowano tę sieć. Napster w dawnych dobrych czasach umożliwiał jedynie ściągnięcie plików, obecne programy "wymuszają" ich udostępnienie. A jak opisano powyżej, o ile pobranie da się usprawiedliwić, to udostępnienie wykraczające poza "związek osobisty" nie. Pozostaje nam więc albo zaniechanie korzystania z takich programów, albo znalezienie usługi, która nie wymusza jednoczesnego rozpowszechniania. Taką usługą są np. słynne rosyjskie serwisy typu allofmp3.ru czy gomusic.ru. Serwisy te są płatne, ale zapłata to ułamek kwot które musielibyśmy płacić w itunes czy podobnych sklepach. Cały dowcip opiera się na pewnej bezczelności - serwisy te opłacają się w rosyjskim ZAIKS-ie (organizacja zbiorowego zarządzania prawami, mniejsza z tym co to oznacza) i ponoć wedle rosyjskiego prawa uprawnia to do wystawienia plików w internecie. A nas - tym razem zgodnie z polskim prawem autorskim - teoretycznie uprawnia do skorzystania z dozwolonego użytku osobistego i pobrania pliku (jak już pisałem ściągać możemy od każdego, nawet "nieznanego").

Podsumowując jednym zdaniem - wolno nam ściągać mp3 z internetu, nie wolno nam rozpowszechniać (udostępniać). Sieci peer-to-peer (jak emule) "wymuszają" rozpowszechnianie więc korzystanie z nich pociąga za sobą istotne ryzyka.

UWAGA - powyższe - nie odnosi się do programów komputerowych. Programy nie mają dozwolonego użytku prywatnego. Programów nie wolno ani rozpowszechniać, ani ściągać, ani nawet pożyczać legalnej kopii (!). Jeśli macie nielegalne programy, nie obronicie się.

W następnym odcinku kto może nam zrobić krzywdę. Czyli opowieść o tym, kto i kiedy ma prawo skontrolować nasz komputer. Uprzedzając wypowiedź nie istnieje coś takiego jak "cennik" za mp3. O ewentualnym obowiązku zapłaty może zdecydować jedynie sąd (wedle uznania i przepisów, a nie "cennika"). Nigdy policja, BSA czy inne twory.

(c) Marcin Maruta 2007